DO TRZECH RAZY SZTUKA czyli nieplanowany poród rodzinny
Dodane przez Dagmara Bandera dnia 10 mar, 2014 o 09:54 AM | Jesteś w kategorii Ciąża | z 0 Komentarzy

Niesamowity tekst przesłany przez gorzowską mamę Gośkę w ramach naszej akcji Aktywna Mama Dziennikarka !  Bardzo dziękujemy ;) Oby więcej takich tekstów! Miłej lektury:

Z OPOWIEŚCI BABCI KASI:
Wiesz, kiedy rodziłam Twojego ojca, to dziadek poleciał szukać tej kobiety, co to pomagała przy porodach… Ale wtedy akurat ona była strasznie daleko w polu. Nie zdążyli wrócić… No to co miałam robić? Kucnęłam na łóżku i… urodziłam.

1987 – Kolano sanitariusza
Jestem w ciąży i koleżanki z pracy wysyłają mnie do Miśki, mówiąc: – Nie będziemy Ci opowiadać o porodach, bo mamy nieciekawe wspomnienia. Miśka miała lekko, ona ci wszystko wyjaśni. Nastawiona pozytywnie przez Miśkę, zostaję jak ona absolwentką jednej z nielicznych wówczas szkół rodzenia i szykuję się do porodu. Na kiedy termin? Za tydzień? To jeszcze całe wieki! Jest Wielki Czwartek, przed nami Wielkanoc. Robię mnóstwo planów i smacznie zasypiam.
25 minut po północy budzę się w kałuży! Co za wstyd! Zaraz, a może to już TO? Coś tam czuję w dole brzucha, ale wcale nie mam ochoty zwijać się z bólu i krzyczeć jak rodzące na filmach. Spokojnie, odstępy między skurczami mam co dziesięć minut. Jestem sama w domu, Sławek na dyżurze na położnictwie, ale niestety weterynaryjnym. W szkole uczyli, że po odejściu wód nie wolno się ruszać. To jak do diabła mam wezwać pomoc?! Z duszą na ramieniu pokonuję cztery metry do telefonu i zamiast na pogotowie dzwonię do Sławka. Po półgodzinie wpada i na wieść, że skurcze co pięć minut, oczywiście wzywa karetkę. Zjawia się obrażony pan doktor: – Dlaczego pani jeszcze nieubrana? Zarzucam coś na siebie i idziemy do karetki. Trawnik, który muszę w ciemnościach pokonać, ma chyba ze 100 metrów!
Oczami duszy widzę wypadającą pępowinę, albo i dziecko… Pan doktor o nic nie pyta, nic go nie obchodzi. Ma dostarczyć ładunek do szpitala i to wszystko. Skurcze co cztery minuty, ale ani drgnę. Muszę być dzielna jak Babcia Kasia. Żadnych jęków, ściskam mocno poręcz fotela. Pod szpitalem okazuje się, że to nie poręcz, tylko… kolano sanitariusza! Panowie wyrzucają mnie przed portiernią, życzą powodzenia i odjeżdżają z piskiem opon. Budzę zaspaną panią w rejestracji. Dla niej najważniejsze okazuje się, że jestem panną i muszę mieć przygotowane… imię dla dziecka! Takie przepisy. – Oj, to tak często ma pani bóle? – zauważa nagle znad papierków. Mhm – odpowiadam przez zaciśnięte zęby i powtarzam w myślach za szkołą rodzenia: – Nie bóle, lecz skurcze.
Na porodówce wściekła położna krzyczy podczas badania: – Niech pani nie oddycha brzuchem!
Wysyła mnie do najdalszego wykafelkowanego boksu i spokojnie wraca do czytania książki. Ja znowu oddycham brzuchem, tylko te skurcze jakieś dziwne… W szkole rodzenia znano realia w polskich szpitalach i uczono nas jak przetrzymać skurcze parte, kiedy nie będzie w pobliżu nikogo do pomocy, ale jak długo można przetrzymywać? Jeden, drugi… Nie ma wyjścia, próbuję wołać położną-potwora. Jest! Rodzimy! Przypominam sobie ze szkoły lekcję o parciu i staram się wypaść jak najlepiej na egzaminie. Już jest po pierwszym skurczu. Pytam: – Co dalej? – Jak to, co dalej? – dziwi się położna. – Ma pani dziecko. – Niemożliwe! – dziwię się z kolei ja. I tak poznaję Mikołaja, 3400 g. Cała impreza trwała 2 godziny i 25 minut.

1999 – Hej sokoły!
Znowu czekam na poród, teraz nie dam się zaskoczyć. Trochę się boję, bo mam za sobą poważną operację kręgosłupa, no i dużo więcej lat. Całą ciążę nie opuszcza mnie lęk o maleństwo. Wszędzie widzę dzieci z Zespołem Downa i myślę: – Żeby tylko nie to! A kolega-ginekolog uśmiecha się, mówiąc: – Nie myśl o tym, wszystko będzie dobrze…
Jest wieczór. Sławek integruje się służbowo 40 km od nas, dwunastoletni Mikołaj wraca z harcerskiej włóczęgi, ja zmęczona (do terminu porodu jeszcze dwa tygodnie) zasypiam o ósmej… O dziesiątej budzę się w kałuży – powtórka z rozrywki. Ale tym razem już spokojnie się ubieram i próbuję zadzwonić do przyszłego taty. Przez te wszystkie lata nastąpił postęp techniczny. Co z tego, kiedy komórka wyłączona… Zaraz, gdzie to się mieli integrować? Telefon do informacji, wreszcie łączę się z hotelem w Kazimierzu. Ze słuchawki dobiegają chóralne śpiewy: – Hej, hej, hej, sokoły! Przed chwilą wyjechał. Komórka milczy, a ja się wściekam. Kto normalny wyłącza telefon mając żonę w dziewiątym miesiącu ciąży?! Nie mam chwili do stracenia, bo po pierwszym porodzie położna stwierdziła, że z drugim dzieckiem to już do szpitala nie zdążę. Nerwowo przeliczamy drobne na taksówkę. Mikołaj pisze kartkę do Sławka: „Jedziemy do szpitala przy….. Miki i rodząca Gośka”.
- Kobieto, ty rodzisz! Decyduj się! Do którego szpitala? – pogania mnie syn. Pani od taksówek przejęta porodem mówi, że drobnych wystarczy na Lubartowską, więc jedziemy. Mikołaj bierze ze sobą do poczekalni „Władcę pierścieni”. No nie, tak długo chyba nie będę rodzić?
Szpital ten sam co 12 lat wcześniej, ale jakoś tak czysto, wszyscy się uśmiechają, pozwalają oddychać brzuchem, a miła położna pyta co chwilę, czy nie trzeba mi czegoś. Ciągle ktoś się koło mnie kręci, nawet lekarz, wyraźnie zainteresowany tym, co się dzieje na porodówce. Położna od razu pozwala mi przeć i już po drugim skurczu poznaję Kostka, 3400 g. I znowu wszystko trwało 2 godziny i 25 minut. Tylko teraz cudownie odnaleziony tata może od razu przytulić dziecko. Oddają mi dokumenty… Zaraz, zaraz, a gdzie moja czterolistna koniczynka, która nosiłam od wielu lat w dowodzie?
Cztery dni później okazuje się, że nasz synek ma Zespół Downa i ciężką wadę serca. Cieszymy się nim tylko dwa i pół miesiąca…

2002 – Kalmary w porze deszczowej
Dwa lata walczyliśmy o dziecko. – Proszę się nie obrazić – mówi miły młody pan ginekolog. – Pani wygląda bardzo młodo, ale w pani wieku i z pani wynikami zajść w ciążę to jak trafić szóstkę w totolotka. A jednak! Ciąża przebiega spokojnie, nie licząc przeprowadzki… Zrobiliśmy badania genetyczne i wiemy, że tym razem nasz dzidziuś jest zdrowy.
Do terminu porodu jeszcze trzy tygodnie. Spokojnie mogę rozpakować te ostatnie kartony z książkami i ugotować obiad. Tylko chwileczkę poleżę, bo brzuch od rana robi się jakiś twardy, ale przecież już dwa razy rodziłam i wiem, że nic specjalnego się nie dzieje – to skurcze przepowiadające. O 17 zobaczę jak Małysz skacze na olimpiadzie. Nie będę się denerwować, bo jeden medal już ma. Nakładam Mikołajowi obiad. Sławek w podróży służbowej, 160 km od nas. Godzina 17 – chlup! Skąd ja to znam? Tylko czemu właśnie teraz, kiedy jestem tak przeraźliwie głodna i zrobiłam na obiad ekskluzywne kalmary w cieście?! Dalej już rutyna: przebieram się, spokojnie dzwonię do Sławka (komórka włączona), wzywam taksówkę (środki są).
W szpitalu bada mnie egzotyczny pan doktor, dowcipkuje coś o porze deszczowej, bo akurat wszystkim odchodzą wody, położne wypełniają moje papiery. Siedzę z nimi i gawędzę, tylko gdzie te skurcze? Coś wreszcie zaczyna mnie łaskotać, pojawiają się też skurcze silniejsze. Leżę na łóżku porodowym, kiedy pojawia się Sławek! Zdążył… Panie opatuliły go w fartuch, przeprowadziły wywiad. – O, weterynarz, jest pan pewien, że chce zostać? Miałyśmy już jednego weterynarza, który zemdlał… – Nie, nie, ja tylko na chwilę. Oczywiście, żadnych porodów rodzinnych! Żadnego trzymania za rękę. Poród to damska sprawa (patrz: Babcia Kasia) i jak sama sobie nie poradzę, to i tak nikt mi nie pomoże.
Wpada miła pani doktor. Zaniepokojona mówię: – Coś jest nie tak, minęły już 2 godziny i 25 minut, dziecko już powinno być. Ale po chwili zaczynają się mocne skurcze. Sławek znika za parawanem, żeby po trzecim skurczu wrócić i powitać maleńką Matyldę – 3000 g. Minęły aż 2 godziny i 45 minut… Przytulam moją szóstkę w totolotka. Położna przynosi… kanapki (pożeram wszystko!) i pomaga przystawić szkraba do piersi. Chyba jednak lubię porody rodzinne!


Skomentuj

Musisz być zalogowany zaloguj się aby móć komentować.

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej
Dowiedz się więcej